McAllister: UE musi stać się graczem globalnym
29610
post-template-default,single,single-post,postid-29610,single-format-standard,cookies-not-set,qode-social-login-1.1.2,qode-restaurant-1.1.1,stockholm-core-1.0.5,tribe-no-js,tribe-bar-is-disabled,select-theme-ver-5.0.7,ajax_fade,page_not_loaded,vertical_menu_enabled,menu-animation-underline,side_area_uncovered,wpb-js-composer js-comp-ver-5.7,vc_responsive

McAllister: UE musi stać się graczem globalnym

Europa nie umocni swojej pozycji na arenie międzynarodowej, dopóki jedno państwo członkowskie będzie w stanie zablokować każdą decyzję dotyczącą polityki zagranicznej – twierdzi David McAllister* w rozmowie z EURACTIV.pl.

Karolina Zbytniewska, EURACTIV.pl: Donald Trump wycofał część sił amerykańskich z Syrii, dając Turcji zielone światło do rozpoczęcia inwazji na Syrię. Jednocześnie szczyt Rady Europejskiej nie zareagował na to, co się stało. Czy uważa pan, że to był błąd, i jeśli tak, to co w tej sytuacji powinna zrobić Unia Europejska?

David McAllister: Wydarzenia w północno-wschodniej Syrii są bardzo niepokojące, dlatego społeczność międzynarodowa zdecydowanie skrytykowała turecką operację wojskową. Doszło do pogwałcenia prawa międzynarodowego i możemy tylko ubolewać, że Stany Zjednoczone pośrednio przyczyniły się do tych wydarzeń. Działania Turcji podkopują nasz wspólny wysiłek na rzecz pokonania Państwa Islamskiego i stanowią zdradę wobec naszych bliskich partnerów w tej walce. Unia Europejska, a zwłaszcza Parlament Europejski, zaznaczyły bardzo wyraźnie, że działania wojskowe powinny zostać natychmiast przerwane. Nie możemy pozwolić, aby dochodziło do rozwiązań siłowych, musimy szukać rozwiązań dyplomatycznych.

Póki co Unia Europejska ograniczyła się do wyrażenia krytycznej oceny tego, co się dzieje. Ciekawi mnie jednak, co mogłaby zrobić, aby realnie wpłynąć na sytuację tam, w Syrii?

Nie możemy zapomnieć, że Turcja jest członkiem NATO i kwestia ta musi również zostać omówiona w Radzie NATO. Musimy wyraźnie powiedzieć naszym tureckim sojusznikom, że nie akceptujemy podejmowanych przez nich działań i jesteśmy im przeciwni, w związku z czym radzimy im jak najszybciej przerwać operację. Mamy w ręku narzędzie w postaci możliwości zatrzymania eksportu broni do Turcji, ale dysponujemy również wieloma innymi narzędziami dyplomatycznymi. W tej chwili najbardziej potrzebujemy dialogu z Ankarą.

Przejdźmy do kwestii związanych z bliższymi sąsiadami Unii Europejskiej. Europejscy przywódcy nie rozmawiali o Syrii, ale sporo dyskutowali o potencjalnym rozszerzeniu Wspólnoty. Szczyt Rady Europejskiej zakończył się decyzją o nierozpoczęciu negocjacji akcesyjnych z Macedonią Północną i Albanią ze względu na weto Francji, Danii i Holandii. Jak postrzega pan tę sytuację?

Za podjętą decyzję odpowiada zdecydowana mniejszość krajów Wspólnoty. Jestem bardzo krytyczny wobec ostatecznego efektu rozmów na szczycie Rady Europejskiej i uważam, że to historyczny błąd. Jest to nie tylko wymowny sygnał dla Macedonii Północnej i generalnie Bałkanów Zachodnich, ale również podważenie wiarygodności całej Unii Europejskiej. Ile warte są nasze obietnice, jeśli zachowujemy się w ten sposób?

Macedonia Północna przeszła już naprawdę długą drogę, musiała nawet zmienić nazwę swojego kraju. Szczerze mówiąc, nie rozumiem decyzji Rady. Grupa polityczna, do której należę w PE zadbała o to, aby wszyscy szefowie rządów Europejskiej Partii Ludowej (EPL) w Radzie stanęli po stronie Macedonii Północnej i Albanii. Głęboko żałujemy, że niektóre rządy były w stanie wpłynąć na ostateczną decyzję Rady w tej kwestii.

Czy zatem lepiej byłoby, aby głosowania w sprawach zagranicznych przebiegały zgodnie z procedurą kwalifikowanej większości? Co sądzi pan o takim pomyśle?

Aby stworzyć silną wspólną politykę zagraniczną i bezpieczeństwa, powinniśmy stać się bardziej elastyczni i zdecydowani. Kwalifikowana większość? Aby można było ją wprowadzić, potrzebna jest jednomyślna decyzja. Istnieją jednak pewne możliwości, w których możemy zacząć korzystać z kwalifikowanej większości, na przykład w przypadku nakładania sankcji. Nie mamy szans na umocnienie naszej pozycji na arenie międzynarodowej, jeśli jedno państwo członkowskie będzie w stanie zablokować każdą decyzję w obszarze polityki zagranicznej.

Czy więc uważa pan, że Unia Europejska powinna w pierwszej kolejności rozwiązać swoje problemy wewnętrzne, a dopiero potem przystępować do negocjacji akcesyjnych z krajami zewnętrznymi? Był to jeden z kluczowych argumentów Francji przeciwko otwarciu procesu akcesyjnego…

Po pierwsze, mówimy tu jedynie o rozpoczęciu negocjacji. Ich zakończenie zajęłoby wiele lat, a więc samo rozpoczęcie rozmów z Macedonią Północną i Albanią nie oznacza, że już jutro państwa te staną się częścią Unii Europejskiej.

Po drugie, prezydent Francji w swej argumentacji podkreślał, że jest przeciwny rozmowom akcesyjnym ponieważ uważa, że UE w pierwszej kolejności powinna dokonać rewizji procesu powiększania Wspólnoty. Zgadzam się, że istnieją rzeczy, które możemy robić lepiej w tym obszarze. Jednocześnie mam jednak nadzieję, że 27 przywódców UE będzie w stanie dogadać się w tej kwestii w czasie następnej prezydencji, kiedy odbędzie się szczyt Bałkanów Zachodnich, zaplanowany na maj 2020 r. Być może wtedy nastąpi przełom w rozmowach i uda się wynegocjować zielone światło dla Macedonii Północnej i Albanii. Taką mam nadzieję.

A może problem leży gdzie indziej? Podczas gdy Macedonia Północna poczyniła znaczne postępy, Albania została nieco w tyle, zwłaszcza w obszarze oczekiwanych reform. Dlaczego zatem oba kraje zostały potraktowane jednakowo i nie wzięto pod uwagę możliwości ich rozdzielenia w procesie akcesyjnym?

To dobre pytanie. Jednak nawet gdyby państwa te zostały rozdzielone, prezydent Macron w dalszym ciągu miałby zastrzeżenia do Macedonii Północnej. Nie jestem więc pewien, czy procedura rozdzielenia w czymkolwiek by pomogła. Moim zdaniem najlepszym rozwiązaniem byłaby ścieżka podobna do rezolucji przyjętej przez niemiecki Bundestag – zielone światło dla Macedonii Północnej i warunkowe zielone światło dla Albanii.

Warto zauważyć, że polityka rozszerzenia budzi w Niemczech wiele wątpliwości, a i tak niemiecki Bundestag zdecydował się iść tą drogą. Jest to kolejny powód, dla którego jestem tak rozczarowany, że Niemcom, które wykazały się przywództwem w tym zakresie, nie udało się przekonać naszych francuskich partnerów.

A może u źródła problemu leży rywalizacja pomiędzy Niemcami i Francją?

Nie, tu chodzi o stosunek prezydenta Francji do polityki rozszerzenia, którego nie podzielam. Pan Macron, pan Rutte i inni są za tę decyzję odpowiedzialni i powinni wyjaśnić, dlaczego ją podjęli.

Zwróćmy się teraz w stronę wschodniej granicy i porozmawiajmy o Partnerstwie Wschodnim. Jak ocenia pan dziesięć lat jego funkcjonowania?

Oceniam go jako sukces. Przynajmniej część z krajów uczestniczących w programie udało nam się przybliżyć do Unii Europejskiej. My, jako UE, jesteśmy żywo zainteresowani utrzymaniem dobrych stosunków z naszymi sąsiadami nie tylko na Bałkanach Zachodnich, ale także we wschodnim sąsiedztwie. Dlatego w najbliższym czasie warto abyśmy dokonali krytycznego przeglądu polityki Partnerstwa Wschodniego i zobaczyli, gdzie udało nam się poczynić postępy, a  gdzie wiele jest jeszcze do zrobienia.

Niektóre pomysły zdążyliśmy już omówić. Uważam, że powinniśmy przyjąć zasadę: „więcej za więcej, a mniej za mniej”. Te kraje, które są zaangażowane w praworządność, demokrację itp. powinny uzyskać większe wsparcie z UE, podczas gdy kraje, które robią mniej, powinny otrzymywać odpowiednio mniej. Szczególnie trzy kraje są w tym obszarze znacznie bardziej zaawansowane niż inne – Mołdawia, Gruzja i Ukraina. Musimy więc wspierać działające w nich reformatorskie i pro-demokratyczne siły.

A nie uważa pan, że Ukraina ma prawo czuć się opuszczona przez UE?

Żaden inny kraj Partnerstwa Wschodniego nie współpracuje tak blisko z UE jak Ukraina. I żaden inny kraj nie otrzymuje tyle wsparcia finansowego od UE, co Ukraina.

Jeśli chodzi o wojnę we wschodniej Ukrainie, UE okazała solidarność z Kijowem. Przyjęliśmy sankcje wobec Rosji, podkreślamy, że aneksja Krymu była nielegalna. Popieramy ukraińską walkę o suwerenność i jedność terytorialną.

Jak w tym kontekście należy oceniać fakt, że Rosja odzyskała prawo głosu w Radzie Europy?

Rozumiem obawy państw bałtyckich, a także Polski, które mają bardzo krytyczny stosunek do tej decyzji. Jednak Rada Europy ma szansę na długoterminowy sukces tylko wtedy, kiedy wszystkie kraje są na pokładzie. Wiem, jak krytycznie postrzegane jest to w Europie Wschodniej, ale jednak lepiej jest mieć Rosję w międzynarodowej organizacji, aby móc z nią rozmawiać oraz jasno wyrażać, że rosyjskie zachowanie jest niedopuszczalnym naruszeniem europejskich wartości i standardów.

Spróbujmy zakończyć pozytywnym akcentem. W listopadzie Josep Borell zostanie nowym wysokim przedstawicielem UE do spraw zagranicznych. W jaki sposób jego kadencja może różnić się od kadencji Federiki Mogherini? I co powinno się zmienić?

Bardzo trudno to przewidzieć. Musimy pamiętać, że Ursula von de Leyen nazwała swoją Komisję „Komisją geopolityczną”. Wyznacza to pewien standard. Musimy być w stanie uczestniczyć w globalnych debatach, musimy być globalnym graczem, a nie tylko globalnym płatnikiem. Będzie to możliwe do osiągnięcia, jeśli zaczniemy ściślej współpracować w zakresie wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Ursula von der Leyen wyjaśniała zresztą, że nasze wewnętrzne i zewnętrzne działania są dwiema stronami tego samego medalu. Jej celem jest więc również umocnienie pozycji Josepa Borella.

Istnieje sporo oczekiwań w odniesieniu do polityki UE wobec Afryki, reformy polityki Partnerstwa Wschodniego, polityki akcesyjnej, Chin czy stosunków transatlantyckich. Borell jest doświadczonym politykiem i myślę, że jako były szef PE może być zainteresowany wzmocnieniem roli Parlamentu w europejskiej dyplomacji.

Jak więc przejść od słów do czynów? Czy najlepszą odpowiedzią byłoby postawienie na rozwój europejskich zdolności wojskowych?

W ramach wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa w ciągu ostatnich 3 lat zrobiliśmy więcej niż na przestrzeni poprzednich 55 lat. Mamy teraz projekty PESCO i musimy wdrożyć to, co zostało postanowione. 25 z 27 państw członkowskich współpracuje w ramach PESCO, jest to znacznie więcej niż pierwotnie oczekiwano. Mamy Europejski Fundusz Obronny i coroczny przegląd naszej współpracy w dziedzinie obronności. Ursula von der Leyen postanowiła utworzyć Dyrekcję Generalną ds. Obrony i Przestrzeni Kosmicznej, mamy więc teraz w Komisji ludzi odpowiedzialnych za wspieranie tego kierunku rozwoju.

Mam nadzieję, że do 2025 r. uda nam się utworzyć pełnoprawną europejską unię obronną. Nie konkurujemy z NATO, a nasze wysiłki nie są w żaden sposób wymierzone przeciwko Sojuszowi. Obecnie trzy czwarte Europejczyków oczekuje, że zrobimy więcej, jeśli chodzi o europejską obronę i bezpieczeństwo. Powinniśmy więc dążyć do osiągnięcia tego celu.